Marek Furjan: „Nie byłoby tego wszystkiego bez ludzkiej energii”

Marek Furjan: „Nie byłoby tego wszystkiego bez ludzkiej energii”

Kibicom tenisa nie trzeba przedstawiać Marka Furjana. Popularnego komentatora tenisa od wielu lat można spotkać przy okazji Enea Poznań Open. Nie inaczej jest i w trakcie tegorocznej edycji challengera w stolicy Wielkopolski.

To już tradycja, że spotykamy się przy okazji Enea Poznań Open. Jakie obowiązki masz na tegorocznym turnieju?

– Mam bardzo podobny zestaw zadań, jak przed rokiem: podsumowania dnia, rolki do mediów społecznościowych oraz wywiady na korcie. Chcemy, żeby publiczność lepiej poznała tenisistów. Staramy się przeprowadzać te rozmowy po meczach rozgrywanych w późniejszych godzinach, czyli powiedzmy od 15. Myślę, że to świetna sprawa dla kibiców, bo mogą bliżej poznać bohaterów widowiska. W dodatku będę miał okazję prowadzić spotkania biznesowe, a także ceremonię wręczenia nagród.

A czy jest coś takiego, co najbardziej urzeka Cię w Parku Tenisowym Olimpia? Gdybyś miał wskazać jedną, może dwie rzeczy.

– Najbardziej chyba przyroda i zieleń. Korty są niezwykle zielone i klimatyczne. No i wiadomo – taras jest niepodrabialny. To miejsce, w którym spotykają się lokalni biznesmeni i ludzie, którzy finansują ten turniej. Myślę jednak, że nie byłoby tego wszystkiego i tych fajnych wspomnień bez ludzkiej energii. Ewelina Sterczewska i spółka dbają o to, żeby wszyscy czuli się komfortowo. Nie mówię tu tylko o relacjach biznesowych, ale przede wszystkim o znajomościach, które zostają na lata i pomagają przeżywać ten turniej w niezapomniany sposób.

Masz przed sobą turniejową drabinkę. Kogo wskazałbyś jako faworyta do końcowego triumfu?

– To zawsze jest trudne pytanie, bo w momencie publikacji tego tekstu coś może być już nieaktualne. Najwyżej będą mnie później wytykać palcami, nie boję się tego. Szczerze? Wskazałbym na Facundo Diaza Acostę. Przebrnął już pierwszą rundę, a mam wrażenie, że nie było to dla niego najłatwiejsze losowanie – po drugiej stronie siatki miał specjalistę od gry na mączce. Argentyńczyk od marca wygrał trzy imprezy challengerowe i to na dwóch kontynentach. To człowiek skrojony pod warunki panujące w Poznaniu. W przeszłości Argentyńczycy nieźle się tu prezentowali, jak choćby Camilo Ugo Carabelli, który grał w finale z Maksem Kaśnikowskim.

W tym miejscu wskazałbym też Dalibora Svrcinę. Ma już za sobą pierwszą rundę, a rok temu dotarł przecież do finału. Może nie zaprezentował się teraz jakoś nieprawdopodobnie, ale to zawodnik, który bywa niezwykle skuteczny. Zobaczymy, jaka będzie historia Czecha, ale każdy powinien na niego uważać.

Skoro już wspomniałeś o Polakach – w turnieju głównym mamy czterech naszych reprezentantów. Trzech z dzikimi kartami: Maks Kaśnikowski, Tomasz Berkieta i Daniel Michalski oraz Alan Ważny, który przebrnął eliminacje. Jak widzisz ich szanse? Zacznijmy od Alana, bo przejście eliminacji w challengerze to duża sztuka.

– Zdecydowanie, to już można uznać za sukces, zwłaszcza że w eliminacjach nie miał łatwych rywali. Jeśli zaś chodzi o Maksa Kaśnikowskiego, on kojarzy się z tym turniejem jako ostatni polski mistrz. Mam wrażenie, że potrzebuje teraz serii zwycięstw na poziomie challengerowym, która pozwoliłaby mu nabrać większej pewności siebie.

To jeszcze Daniel Michalski i Tomasz Berkieta, którzy mieli chyba najmniej szczęścia w losowaniu.

– Mam wrażenie, że Daniel, który wciąż walczy o eliminacje wielkoszlemowe, ma narzędzia, aby wejść jeszcze o poziom wyżej. To taki zawodnik, który w pewnym momencie nas wszystkich pozytywnie zaskoczy. Uważam go za naprawdę bardzo dobrego gracza. Jeśli chodzi o Tomka to zastanawiam się czywarunki w Poznaniu mu sprzyjają – jest dosyć wilgotno, korty są nasiąknięte i mokre. Tomek to kawał chłopa, więc miękka nawierzchnia to chyba nie jest jego naturalne środowisko. Z drugiej strony, to człowiek, którego stać na wiele. Gdy rozmawia się z jego otoczeniem o wynikach treningowych z takimi markami, jak Arnaldi czy Berrettini, to naprawdę człowiek otwiera szeroko oczy. Czekamy po prostu na moment, aż to się przełoży na ważne zwycięstwa w oficjalnych meczach.

Porozmawiajmy chwilę szerzej o stanie polskiego męskiego tenisa. Brakuje nam zawodników w drugiej setce rankingu ATP. Mamy Huberta Hurkacza, Kamila Majchrzaka, który wygrał ostatnio w Den Bosch, a potem pojawia się delikatna przepaść. To powinno nas martwić?

– Ta sytuacja diametralnie różni się od tenisa kobiecego. W męskich eliminacjach wielkoszlemowych nie mamy przedstawicieli już od dłuższego czasu. Maks Kaśnikowski wydaje się naturalnym kandydatem do tego, żeby za moment tam wskoczyć. Z kolei Daniel Michalski próbuje to zrobić od wielu lat. On bardzo chce wywalczyć stabilizację na tym poziomie. Mam wrażenie, że to tenisista, który najbardziej zmienił się w ostatnich latach – mocno przesuwa granice profesjonalizmu i wierzę, że życie mu za to wreszcie odpłaci.

Nawiązaliśmy do Kamila Majchrzaka i Huberta Hurkacza. Spodziewałeś się jeszcze dwa lata temu, że ich losy potoczą się w ten sposób? Kamil wraca w wielkim stylu, a Hubert – po problemach zdrowotnych – jest bardzo daleko od TOP 10, w którym tak długo gościł.

– Oczywiście, że się nie spodziewałem. Gdy trzy lata temu rozmawiałem z Kamilem Majchrzakiem, on sam nie wiedział, czy w ogóle wróci do zawodowego grania. Wciąż będę twierdził, że został wtedy oszukany przez system. Nie przypuszczałem, że Kamil zdoła jeszcze przebić swoje wyniki sprzed lat, ale to pięknie pokazuje, że można odbić się od dna.

Historia Huberta jest zupełnie inna – zdrowie, kontuzja, operacja, ale też kilka niewykorzystanych szans. W tegorocznym Roland Garros po losowaniu widać było, że trafił do strefy drabinki, z której ktoś musiał „wyskoczyć”. Wystrzelił Arnaldi, a równie dobrze mogła to być szansa dla Huberta. U niego dużo zależy od zdrowia. Wiemy, że te problemy zaczęły się od Wimbledonu dwa lata temu. Z drugiej strony, to właśnie na Wimbledonie osiągał największe sukcesy, wygrywając chociażby z Federerem. Trzeba mocno trzymać kciuki za Huberta, żeby punktował i grał regularnie.

Na koniec: mamy obecnie trzy turnieje rangi ATP Challenger w Polsce. Czy to Twoim zdaniem wystarczająco dużo, aby zawodnicy pokroju Tomka Berkiety czy Alana Ważnego mogli się ogrywać na międzynarodowym poziomie?

– Przyzwyczaiłem się do tej liczby. Poznań i Szczecin na stałe wrosły już w historię polskiego tenisa, a Kozerki pięknie budują swoją własną ścieżkę. Zawodnicy uwielbiają grać w Polsce – to dla nich prestiż, mniejsze koszty logistyczne i kapitalna okazja, by zaprosić na trybuny rodzinę. Z perspektywy organizatora kluczowy jest jednak budżet. Przygotowanie takiego turnieju to ogromne wydatki i praca całoroczna. Na szczęście mamy też sporo mniejszych imprez ITF, jak ta nadchodząca w Rzeszowie, które są idealne do budowania pewności siebie i zbierania pierwszych punktów. Podziwiam organizatorów za ich upór i konsekwencję. Robią kawał świetnej roboty dla polskiego tenisa.

Rozmawiał Maciej Brzeziński

fot. Karolina Kiraga-Rychter

Marek Furjan: „Nie byłoby tego wszystkiego bez ludzkiej energii”
Facebook
Twitter
E-mail
Drukuj
Scroll to top