Karol Drzewiecki czuje się na kortach Parku Tenisowego Olimpia, jak w domu i nie jest to przesada. W 2023 roku sięgnął w turnieju Poznań Open po zwycięstwo deblowe i podkreśla, ze challenger w stolicy Wielkopolski jest turniejem, który ma szczególne miejsce w jego sercu.
Na początek wielkie gratulacje. Przyjechałeś tutaj po deblowym zwycięstwie w Bratysławie. To twoje pierwsze zwycięstwo w tym roku. Wcześniej były trzy finały, ale czegoś ciągle brakowało, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.
– Zgadza się. Udało się w końcu wygrać i to w dwóch setach. Fajnie, bo bez super tie-breaków. Dwa poprzednie finały przegraliśmy 8-10. Jeden był taki, że dostaliśmy delikatną lekcję od dobrych singlistów w Hiszpanii. Poza tym to pierwszy taki fajny i zdrowy turniej. Ani ja, ani Piotrek nie mieliśmy żadnych urazów.
Możesz wskazać jakiś kluczowy moment tego turnieju w Bratysławie?
– Myślę, że drugi mecz był bardzo ciężki. Dwa tie-breaki z Czechami. Jeden z nich – Hynek Barton, to singlista, który dobrze gra debla. Wybroniliśmy się, bo przegrywaliśmy w drugim secie 2:5. Doprowadziliśmy do tie-breaka i obroniliśmy dwie piłki setowe. To zdecydowanie przeważyło na naszą korzyść. Dalej poszło, bo w finale graliśmy z gospodarzami i podeszliśmy do tego na luzie, bez presji.
Praktycznie cały sezon grasz znów wspólnie z Piotrem Matuszewskim. Po dłuższej przerwie wróciliście do siebie w trakcie poprzedniego sezonu. Rok temu mówiłeś w rozmowie z nami, że „Piotr oznajmił, że chce spróbować gry z kimś innym. Trochę szkoda, że się rozstajemy, ale jesteśmy dorośli, nie będziemy się na siebie obrażać. Taki jest tenis”. Spróbowaliście innego układu i uznaliście, że wspólnie będzie jednak lepiej?
– Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy w rankingu około 140.-150. miejsca, a doszliśmy do grania w turniejach wielkoszlamowych, jak Roland Garros czy Wimbledon. To coś pokazuje i moim zdaniem troszkę źle zrobiliśmy, że się wtedy rozstaliśmy. Człowiek uczy się na błędach, jesteśmy mądrzejsi i wiemy, że na najlepsze wyniki musimy pracować wspólnie. Można zrobić tydzień przerwy dla świeżości, ale wyniki przychodzą, gdy gramy razem.
Myślę, że nikt się nie obrazi jak postawię tezę, że Enea Poznań Open nie może odbyć się bez udziału Karola Drzewieckiego. Traktujesz to miejsce jak drugi dom?
– Zgadza się. Wygrałem tutaj turniej w 2023 roku. To była rewelacja. Będę grał tutaj do końca mojej kariery. Turnieje w Polsce to super eventy, a w Poznaniu spędziłem połowę życia.
Pamiętasz swoje pierwsze gry na tych obiektach?
– Tak, miałem 18 lat. Dostałem dziką kartę z Rumunem Victorem Vladem Corneą. Pierwszy mecz wygraliśmy 11-9 po tie-breaku z Brazylijczykami. Bardzo się cieszyliśmy. To było dla nas wielkie wydarzenie. Później grałem też z Szymonem Walkowem, a gdy skupiłem się na deblu i poprawiłem ranking, to było już łatwiej wybierać partnerów.
To zwycięstwo w finale w 2023 roku wspólnie z Petrem Nouzą to był najprzyjemniejszy moment na korcie centralnym Parku Tenisowego Olimpia?
– Super sprawa. Cały kort centralny był wypełniony, co w deblu jest rzadkością. Wspaniale było wygrać przed własną publicznością w Poznaniu, gdzie mieszkam. Wszystko się wtedy udało. Po prostu bajka. Jedyne czego nie pamiętam, to co się stało z pucharem.
Chyba udana impreza była po turnieju…
– Nie, nie (śmiech). Wiele osób brało ten puchar, coś z nim robili i ostatecznie go nie mam.
To dobrze byłoby mieć jednak puchar z tego turnieju i sięgnąć po niego w sobotę.
– Zgadza się, ale nie wybiegajmy w przyszłość.
To miejsce, czyli Park Tenisowy Olimpia, ciągle się zmienia. Mamy dookoła spory plac budowy.
– Zmiany są super. Jest rewelacyjna siłownia, jest zieleń w parku, ścianka, pickleball. Klub idzie w stronę elitarną, jak amerykańskie country cluby. Brakuje tylko golfa i będzie w ogóle super.
Zwiedziłeś cały świat więc jak oceniasz Enea Poznań Open na tle innych challengerów na świecie pod kątem atrakcji dla kibiców i wydarzeń towarzyszących?
– Poznań jest ewenementem, bo cały tydzień coś się dzieje dla zawodników i kibiców. Bardzo rzadko zdarza się to gdzie indziej. Podobnie było w Kurytybie w Brazylii, to się zdarza także na niektórych challengerach we Francji, gdy rozgrywane są latem. Poznań na tle reszty to klasa.
Poprzedni rok był wyjątkowy, bo zadebiutowałeś w turniejach wielkoszlemowych.
– Najbardziej podobała mi się Australia, grałem tam na dużym luzie. Na Roland Garros pogoda była w kratkę i trafiliśmy na silną parę, czuliśmy presję. Co ciekawe, do wszystkich Szlemów dostawaliśmy się z listy rezerwowej. Na Wimbledon lecieliśmy w ciemno – powiedziałem Piotrkowi, że biorę koszty na siebie, jeśli nie wejdziemy. Godzinę przed meczem już traciłem nadzieję, prawie kupiłem bilet do domu, aż nagle okazało się, że gramy. Na US Open grałem z kontuzją ręki, a mimo to doszliśmy do trzeciej rundy, pokonując Jordana Thompsona.
Jakie masz plany na najbliższe miesiące?
– Realnym celem jest dostać się i zagrać w US Open. To mam w głowie. Rankingowo patrzę z perspektywy Szlemów – gdy się w nich gra, łatwiej wskoczyć do pierwszej pięćdziesiątki. Potrzebuję jednego lub dwóch dobrych wyników w turniejach ATP 250 lub paru rund w Szlemie.
Rozmawiał Maciej Brzeziński
fot. Paweł Rychter



